sobota, 2 listopada 2013

Nie warto wywoływać duchów (Humoreska) - Jan Orlicki

Tego nigdy nie zapomnę jak mając dwanaście lat chciałem razem kolegą i koleżanką wywołać ducha.

Było to bardzo dawno temu. Pamiętam, że chodziłem wtedy do szóstej klasy szkoły podstawowej. Nie wiem dokładnie skąd przyszła ta moda na wywoływanie duchów, ale pamiętam jedno, że wszyscy w szkole mówili tylko o tym. Wielu było takich co chwalili się, że za pomocą talerzyka udało im się wywołać ducha, który odpowiadał na ich pytania.



Miałem wówczas dobrego kolegę Marka i koleżankę Anię. Chodziliśmy do tej samej klasy i mieszkaliśmy w tym samym bloku. Pewnego razu postanowiliśmy, że i my spróbujemy wywołać ducha.



Zapytałem swojego starszego o osiem lat brata co o tym myśli. Najpierw się zaśmiał, a potem powiedział: - uważajcie, to bardzo niebezpieczne!



Był listopad, parę dni po Wszystkich Świętych. Kiedy zrobiło się ciemno, zaprosiłem Marka i Anię do siebie i zaczęliśmy wywoływać ducha. W pokoju paliła się tylko świeczka, więc był odpowiedni nastrój. Na stole leżała plansza z literami i cyframi, a na niej leżał talerzyk.



Ja jako mistrz ceremonii zacząłem: - duchu!, duchu! przyjdź i odpowiedz na nasze pytania. Nic się nie dzieje, więc zaczynam jeszcze raz: - duchu!, duchu!...

Nie zdążyłem do końca wypowiedzieć zaklęcie, a tu słyszę ochrypły, przerażający głos: - Jużżż... przy...by...wam!!!

Raptem otwierają się przeraźliwie skrzypiąc drzwi szafy, która stała za mną i wychodzi z szafy biała postać.



Ania i Marek siedzieli po drugiej stronie stołu i mięli za sobą drzwi od pokoju. Na widok ducha rzucili się szybko do ucieczki. Ja, zanim obiegłem stół, to duch dopadł mnie w samych drzwiach. Te, jednak zamknęły się przede mną. Świeczka zgasła i było bardzo ciemno. Duch trzymał mnie mocno za sweter na plecach.

To już po mnie – pomyślałem i zacząłem się drzeć z całej siły: - ratunku!, ratunku!!!



Nagle drzwi się otwierają do pokoju i wpada ojciec. Zapala światło. Trzyma w ręku prześcieradło i krzyczy: - co ty wyprawiasz – durniu! Mogli przez ciebie dostać zawału!



Z początku myślałem, że to do mnie się tyczy, a nie do ducha. Powoli obejrzałem się za siebie, a tam stał mój brat i to do niego mówił mój ojciec.

- Co tak ojciec krzyczy – mówi mój brat. Chcieli ducha to mięli ducha i jak gdyby nic wyszedł z pokoju.



To był mój pierwszy i ostatni raz kiedy wywoływałem duchy.

niedziela, 2 czerwca 2013

Napoleon (Humoreska) - Jan Orlicki

Prawie każdy z nas chciałby być kimś znanym, sławnym i wielkim. Nie wszystkim to się udaje, a niektórzy mogą zapłacić za to własnym zdrowiem.

Jestem Napoleonem!

Mieszkam w pięknym i nowoczesnym pałacu. W oknach są kraty zamiast firanek. Firanki są już niemodne tak jak klamki. U mnie nie ma w drzwiach klamek. Awangarda i nowoczesność.



Jestem Napoleonem!

To nic, że rękawy przy mundurze są za długie. Przyjaciele zawiązują je zawsze na kokardę. Tak jest ładnie i oryginalnie.



Jestem Napoleonem!

Wszyscy opiekują się mną i dbają o wszystko. Na spacerach mam zawsze ochronę. Chronią mnie bo jestem „Wielkim Wodzem”.



Jestem Napoleonem!

I pomyśleć, że kiedyś byłem politykiem...


czwartek, 2 maja 2013

Sen kierownika (Humoreska) - Jan Orlicki

Byłem bardzo zmęczony, więc położyłem się wcześniej spać. Leżąc, rozmyślałem o minionym tygodniu. O stoczonej bitwie, o moje stanowisko pracy.


Tak naprawdę to może oni mięli rację i powinienem już odejść na emeryturę. Jednak obroniłem się bo mam za sobą dyrektora. Czuję, że zasypiam, lecz przed oczami mam nadal ostrą walkę z ludźmi, którzy chcieli mnie zniszczyć. 

Słyszę te ich okrzyki: 
 - Precz z Ciołkiem!, precz z Ciołkiem! 

Nagle następuje cisza. Siedzę wygodnie w swoim fotelu w biurze. Po chwili słyszę jak gdyby coś wgryzało się w mój fotel. Chciałem szybko wstać lecz nie mogę. Coś mnie trzyma. Myślę sobie - zrobili mi kawał, smarując fotel jakimś klejem. Zaglądam pod fotel, patrzę i nie wieżę. To korzenie z mojego tyłka przebiły już fotel i wiją się dalej w kierunku podłogi. 

Wstałem odruchowo razem z fotelem. O Boże! - krzyknąłem - na pomoc! Nikt nie słyszał mojego wołania, a korzenie zbliżały się coraz bardziej do podłogi. Postanowiłem biegać po biurze by korzenie nie wgryzły się w podłogę. Nic to nie dało. Korzenie coraz bardziej i coraz szybciej wiły się i wgryzał w podłogę. 

To już koniec, już po mnie. Zostanę tu na zawsze. Szarpałem się, szarpałem, aż się obudziłem cały zlany potem. To chyba jakaś przestroga - pomyślałem. 

Właśnie dochodziła godzina szósta rano. Wstałem, ogoliłem się i poszedłem do pracy. W biurze jeszcze nikogo nie było, więc spokojnie napisałem podanie o przejcie na emeryturę i zaniosłem do dyrektora.