czwartek, 13 grudnia 2012

Świniobicie (Humoreska) - Jan Orlicki

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, więc trzeba coś dobrego postawić na stół. Dlatego prawie dziesięć miesięcy hodowaliśmy świniaka na ten świąteczny czas.

Wieprzek już dawno przekroczył setkę. To znaczy ma już ponad 120 kilo żywej wagi. Czas więc go już zabić – powiedział ojciec, a dziadek dodał – już czas. Cały tydzień szykowaliśmy do tej uroczystości. Zrobiliśmy podest, na którym miał być opalany i porcjowany świniak. Dziadek przeczyścił starą lutlampę, a mama z babcią przygotowały miski i garnki oraz inne potrzebne rzeczy..



Wreszcie nadeszła oczekiwana wolna sobota. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Dzień wcześniej nie karmiliśmy wieprzka, dlatego był taki niespokojny, gdy zjawiliśmy się w chlewie. Przed wejściem do chlewa dziadek mówił do mnie i do mego ojca, abyśmy nie pokazywali siekiery i noża świniakowi.



- On już wyczuwa swoją śmierć. Jak zobaczy narzędzia (siekierę i nóż) to może być nieszczęście.

- Co tam ojciec gada – powiedział mój ojciec.

Stanęliśmy przed nim. Ja z siekierą, ojciec z nożem, a dziadek z miską na krew. Biedak jak nas zobaczył, stanął jak wryty i po chwili upadł.



- A nie mówiłem? - odezwał się dziadek – umarł na atak serca.

- Co tam ojciec za bajki opowiada - mówi mój ojciec – świnia i atak serca; ha, ha, ha....

Podeszliśmy bliżej. Rzeczywiście nie żył, a dziadek znowu – a nie mówiłem, a nie mówiłem...



- To już koniec. Całą uroczystość diabli wzięli – powiedział ojciec.

- Cały tydzień przygotowań poszedł na marne – dodał dziadek.


niedziela, 4 listopada 2012

Pustka (Humoreska) - Jan Orlicki

Od dziś mam urlop. Niby pierwszy dzień wolny, a już zaczynam się nudzić. Jednak co praca to praca, chociaż nieraz miałem jej serdecznie dość.

Co tu robić? Postanowiłem iść na spacer. Świeże powietrze, trochę wysiłku na pewno dobrze mi zrobi. Może przyjdzie mi jakiś pomysł do głowy jak wykorzystać te wolne dni. Przechodząc obok baru spotkałem kolegę jeszcze z lat szkolnych, którego dawno już nie widziałem.

- Cześć Stefan! Co u ciebie?
- Cześć! Tak jak widzisz.
- To znaczy piweczko?
- Choć do środka, pogadamy.

Weszliśmy. Kupiłem po piwie i zaczęliśmy rozmowę:
- Więc co porabiasz Stefan? - pytam.
- Ostatnio jestem w transie, czyli piję na okrągło. Z pracy mnie wywalili.
- To niedobrze, stary! Musisz się wziąć za siebie i wyjść z tego.
- Tak, masz rację. Muszę z tym skończyć. Właśnie dziś rano to do mnie dotarło. Jak wstałem, to cały się trząsłem. Nie mogłem się ogolić. To był koszmar. Później poczułem wewnątrz siebie jakąś dziwną pustkę. Tego się nie da opowiedzieć. Pomyślałem, a właściwie wyszło to ze mnie, że muszę coś z tym zrobić. Coś dobrego, aby wypełnić tę pustkę. Rozumiesz to?
- Wydaje mi się, że rozumiem, chociaż nie znam takiego uczucia.
- Jeśli możesz to postaw mi jeszcze jedno piwo. Wypije je, bo wiesz... kac jest tylko kacem. Później trochę wydobrzeję i pójdę szukać pracy, a może ty masz coś dla mnie?
- Nie mam. U nas nie ma szans w najbliższym czasie, ale jak coś będę wiedział to dam ci znać.
- Szkoda!
- No, dobrze Stefan. Muszę już iść. Życzę ci, abyś jak najszybciej znalazł pracę i wyszedł z tego. To... ja już idę. Cześć!
- Poczekaj, ja też wychodzę.

Z baru wyszliśmy razem. Po chwili się rozstaliśmy. On poszedł szukać pracy, a ja na dalszy spacer. Na spacerze zwiedziłem kilka sklepów, posiedziałem na ławeczce czytając gazetę. I tak zleciały mi trzy godziny. Czas więc wracać do domu.

Przechodząc obok tego samego baru, gdzie piłem piwo ze Stefanem, zobaczyłem go ponownie. Był już kompletnie pijany. Chciałem go ominąć, lecz on mnie zauważył.

- Cześć stary! - powiedział, a właściwie wybełkotał.
- Cześć! Widzę, że wypełniłeś tę pustkę, o której mówiłeś.

Nie odpowiedział. Machnął tylko ręką i poszedł zataczając się.

sobota, 8 września 2012

Białe plamy (Humoreska) - Jan Orlicki

Na świecie, a u nas w kraju szczególnie, jest wiele nie wyjaśnionych różnego rodzaju spraw. Tych dawnych już prawie zapomnianych, jak i tych z ostatnich lat.

Jeżeli jakaś historia jest nie wyjaśniona, to mówimy, że jest to „biała plama”. Nic nie widać, nic nie słychać - tak w krótkich słowach można to określić.
Pewien naukowiec, dodam, że to Polak, a nie jak to zwykle bywa – amerykański, od wielu lat próbował zbadać to zjawisko. W końcu doszedł do wniosku, że za to odpowiedzialny jest nasz mózg, a konkretnie "białe plamy" na mózgu. Znalazł również metodę usuwania owych białych plam.
Proste rozwiązanie jak zwykle okazało się genialne. Jego metoda polega na tym, że tomografia pokazuje nam, w którym miejscu znajduje się biała plama. Następnie w czaszce wiercimy nie wielki otwór. Do otworu wkładamy strzykawkę i ściągamy białą plamę. Cała operacja jest obserwowana na ekranie monitora.
Pozostałą lukę po plamie, należało jakoś wypełnić. Najlepiej szarymi komórkami. I tu znowu naukowiec wpadł na prosty sposób. Wynalazł specjalny preparat zastępujący szare komórki. Przez dłuższy czas nie chciał zdradzić recepty na sporządzenie owego preparatu, ale w końcu, czego to się nie robi dla nauki - zdradził przepis.
Trzeba drobno rozkruszyć szare mydło i dokładnie rozpuścić w destylowanej wodzie tak, aby nie była to zbyt rzadka, ani zbyt gęsta zawiesina. Preparat o roboczej nazwie "Szare MC2" wstrzykujemy przez otwór w czaszce w miejsce po białej plamie. I gotowe.
Jest to niewątpliwie sukces całej medycyny, jak określili to inni wybitni naukowcy. Wprowadzenie go do powszechnego użytku spowoduje, że wiele spraw stanie się jasnymi sprawami. Ot choćby niejasna do dziś sprawa - prywatyzacji !

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Mój przyjaciel prosiak (Humoreska) - Jan Orlicki

Kto się za ten tekst obraża, ten się sam za świnię uważa.

Zaczęła mi dokuczać samotność jak nigdy dotąd. Przez czterdzieści lat nie czułem się tak jak teraz. Pomyślałem – czas znaleźć sobie jakiegoś przyjaciela. Wśród ludzi, o nie! Lepiej już wśród zwierząt. Zastanawiałem się co sobie kupić. Psów się boję. Przecież tyle się teraz słyszy, że pies pogryzł, a nawet zdarza się, że zagryzł właściciela. Co to, to nie! Kotów nie lubię, bo nie lubię. Wpadłem na pomysł, że kupię sobie małego prosiaczka. To takie oryginalne – myślę sobie.

Poszedłem więc na bazar i kupiłem. Specjalnie wybrałem samca (knura), żeby koledzy nie podejrzewali mnie o jakieś zboczenia seksualne. No i jest. Zrobiłem mu w łazience specjalne miejsce. Wieczorem zabierałem go na telewizję. Tak się prosiak przyzwyczaił, że musiałem siedzieć do końca programu. I tak, później, było go ciężko oderwać od telewizora.

Przez cały czas, pilnie go obserwowałem i doszedłem do wniosku, że jest bardzo podobny do ludzi. To pokwicze pod ryjem, to kaprysi przy jedzeniu, a do tego niemiłosiernie mlaska. Zupełnie jak człowiek. Gdyby tak jeszcze umiał mówić – to by było coś...

Pewnego dnia, a była to wolna sobota, kupiłem pół litra wódki. Siedzę za stołem i myślę – sam nie będę pił. Nalałem więc prosiakowi trochę do zupy w miseczce.
Twoje zdrowie – mówię do niego, a on jakby mnie zrozumiał i zaczął chlipać zupę. Po paru głębszych, patrzę na niego i mówię – jesteś pijany jak świnia. Spojrzał na mnie ostro. Oj, przepraszam – poprawiłem się – jak człowiek.

Przyglądam się prosiakowi, przyglądam i coraz bardziej rozpoznaję w nim kilku moich znajomych