Nic
mi ostatnio nie wychodzi. Był nie tak dawno taki okres, że nie
mogłem chodzić, ponieważ skręciłem nogę w kostce. Jak nie
idzie, to nie idzie...
piątek, 3 sierpnia 2012
Jak tu nie wierzyć w kadzidełko (Humoreska) - Jan Orlicki
Dobrze,
że dzieci są już na swoim i mają dobrą pracę, bo na mnie już
od dłuższego czasu nie mogą liczyć. Nie wiem co się stało, ale
w pewnym momencie wszystko zaczęło mi się walić. Dwa lata temu
straciłem pracę. Żona pojechała do Niemiec, do pracy
i do tej pory nie wraca. Po prostu znalazła sobie
innego i ma mnie gdzieś. Mieszkam sam w domu po rodzicach, który
coraz bardziej podupada, nieremontowany już od dawna. Samochód od
prawie roku stoi zepsuty.
Wracając
do domu, kupiłem kadzidełka, białą farbę na okna, rozpuszczalnik
i pędzle. Zjadłem obiad, zapaliłem dwa kadzidełka i tak chodziłem
po całym domu. Okadziłem wszystkie pomieszczenia bardzo dokładnie
i na koniec postawiłem kadzidełka na stole. Stół
był zasłany gazetami, ponieważ stała tam już farba
i rozpuszczalnik. Zacząłem malować okno. Dobrze mi to wychodziło.
Cofnąłem się trochę, żeby zobaczyć jak to wygląda i niechcący
potrąciłem stół.
No i się zaczęło...
czwartek, 2 sierpnia 2012
środa, 1 sierpnia 2012
Wywiad z panią Zosią (Humoreska) - Jan Orlicki
Pani
Zosia choć jest starszą kobietą lubi wszystkim dawać... nie
zwracając uwagi na ludzi.
Pani Zofio...
- Co... kto przychodzi? Panie kochany, różne przychodzą. Małe i duże, różne. Jeden to nawet czarny był. Teraz go nie ma. Gdzieś wyjechał. Panie, mnie wszystkie jednakowe.
- Co... że daje? A no, daje. Ja, panie, kobieta stara, więc co będę żałować. Do grobu przecież tego wezmę, puki co.
- Co... ludzie? Ludzie mnie, panie nie obchodzą. A niech mówią stara wariatka. Będę dawać i tak, bo ich wszystkich lubię. Oni panie... na to, zasługują.
- Co...jakie są? Przecież już mówiłam - różne. A...czy? Tak miłe, nawet bardzo. Zawsze podziękują. Ja tam, panie, nic więcej nie chcę. Wystarczy dobre słowo.
- Co... kiedy przychodzą? Przychodzą co dziennie. Niektórzy nawet parę razy dziennie.
- Co... jak ja to wytrzymuję? Jakoś wytrzymuję. Lubię to i ich lubię i jakoś jeszcze daję radę. Dla mnie panie to przyjemność, tak z młodymi. Ja panie stara baba, a ciągnie mnie do młodych.
- Co... czy lubią to? Chyba tak. Ja kobieta skromna. Niech pan ich zapyta jak przyjdą, czy lubią moje towarzystwo.
- Co... ile im daje? Panie różnie bywa. Jeden chce mniej, drugi więcej. Za dużo to nie daje, żeby nie rozpieszczać. Bo to, wie pan, na łatwiznę to każdy leci.
- Co... kim są! Przeważnie panie to sieroty, dzieci alkoholików z biednych rodzin. Pomagam, panie, bo mam z czego.
- Co... skąd mam? Panie, mój stary zostawił mi dużo pieniędzy, był rzemieślnikiem. Ja zostałam sama na tym świecie. Komu więc mam zostawić - dla państwa? Ja z ludu panie, więc pomagam ludowi.
wtorek, 31 lipca 2012
poniedziałek, 30 lipca 2012
Na kryzys najlepszy jest "Seans" (Humoreska) - Jan Orlicki
Co prawda jest to seans hipnotyczny, ale proszę się nie bać, nie wpadniecie państwo w głęboki trans.
Dzisiejszym
seansem chciałbym poprawić, a właściwie sprawić, żeby wasz
stosunek do kryzysu i do naszej gospodarki był inny niż do tej
pory. Wiem, narzekacie, psioczycie. Od dziś będzie inaczej.
Chciałbym zapewnić wszystkich co mają obawy, czytać, czy nie
czytać ten tekst, że śmiało możecie go przeczytać. Nie
wprowadzi was to w stan hipnozy. A więc do rzeczy - zaczynamy
seans.
Raz... jest dobrze. Dwa... wyobraźcie sobie, że jest
bardzo dobrze. Trzy... jest bardzo... bardzo... dobrze. Jest
kolorowo, w sklepach i marketach pełno towaru, wspaniałe reklamy.
Prawda... że nie trudno to sobie wyobrazić. Nawet nie trzeba
wyjeżdżać na Zachód.
Tak... wiem... macie puste
portfele. To prawda. Właśnie jestem tu po to, żeby pomóc wam
rozwiązać ten problem i pomogę. Musicie mi tylko...
uwierzyć.
Wyobraźcie sobie, że macie wypchane portfele. Co...?!
Trudno wam to sobie wyobrazić. A więc... spróbujcie, wypchać je
papierem wartościowym, to znaczy, najlepiej toaletowym. Śmiało,
pchajcie... pchajcie. I co? Już lepiej, prawda. Teraz są grube...
wypchane, można powiedzieć - wypasione.
Jest dobrze... macie
więc wszystko. Grube portfele, sklepy i markety pełne towarów.
Możecie nawet jechać na wczasy za granicę. Z takim portfelem,
będziecie kimś ważnym na całym Świecie. Jest dobrze... kryzys
wam niestraszny.
Wielu z was, będzie się teraz
zachowywać trochę dziwnie. To nic! To co jest dziwne, jest
normalne, a to co normalne jest dziwne. Nie, radzę jednak lecieć
teraz do sklepów. Nie warto przerywać seansu, ponieważ można się
srogo rozczarować. Za chwilę będę znowu liczył. Na siebie...
oczywiście. Na was nie mogę liczyć, ponieważ wy liczycie na mnie,
a ja wam gwarantuję, że będzie... jeszcze lepiej.
Jeden...
dwa... pięć... dziesięć. Nie zwracajcie uwagi na to jak liczę.
Liczę po prostu tak, jak, niektórzy nasi ekonomiści i spece od
gospodarki.
Dziewięć... osiem... jedenaście. Teraz nikt, nic
złego wam nie zrobi. Jesteście bogaci! Tak, śmiejcie się! To
dobrze. Nawet minister finansów i kryzys nie są w stanie zrobić
wam cokolwiek złego. Jest dobrze...
Dwanaście... trzynaście.
Tak! - to pechowa liczba. To nic, że ceny rosą i inflacja.
Jesteście bogaci, macie wypchane portfele... jest dobrze. Będzie
jeszcze lepiej!
Piętnaście... dwadzieścia...
dwadzieścia pięć. Po tylu latach będzie jeszcze lepiej. Warto
czekać, może będzie u nas Olimpiada. Jest dobrze... będzie
jeszcze lepiej!
Jak chcecie wszystko zepsuć... to otwórzcie
oczy.
niedziela, 29 lipca 2012
piątek, 27 lipca 2012
Spartakiada zakładowa (Humoreska) - Jan Orlicki - Jan Orlicki
Jest lato, ciepło. Postanowiliśmy w wolną sobotę zorganizować w naszym zakładzie pracy spartakiadę zakładową.
W ramach spartakiady było wiele
konkurencji, ale jedna spodobała mi się najbardziej. Było to
pchanie biurek pod górę. Góra była wysoka na jakieś sto parę
metrów, więc miał to być, taki sprint. Dodam jednak, że zbocze
było dość strome i miało twarde podłoże.Do konkurencji
zapisali się wszyscy kierownicy i ich zastępcy. Było ich razem
piętnastu. Sami panowie, ponieważ panie nie stanęły do zawodów.
Na szczycie góry zostało postawione biurko dyrektora, który
był sędzią głównym tej konkurencji.
Wszystko
gotowe, starter dał sygnał do startu i ruszyli. Tuż po starcie
nastąpiło duże zamieszanie. W tłoku nie bardzo było widać, kto
komu podstawił nogę i kto kogo wypchnął z trasy. Tak więc
już na samym początku, odpadło ośmiu zawodników.-
Nie ma, o co się tak bić - mówili ci, co odpadli. Widać jednak
było, że niektórzy zazdroszczą tym co zostali na
trasie.
Publiczność głośno dopingowała i zachęcał do
walki. Więc reszta zawodników pchała swe biurka do
przodu pod górę. Co jakiś czas ktoś nie wytrzymywał tępa, lub
popychany wypadał z trasy. Sędzia dyrektor, tego, jakby nie
zauważał. Przed samą metą zostało już tylko dwóch zawodników.
Walczyli zaciekle. Nagle jeden z nich, rzucił drugiemu kłodę pod
nogi, a sędzia tego, oczywiście nie widział. Był to kierownik
Zbytni, który jako jedyny wepchnął biurko na sam szczyt, czyli
metę. Był pierwszy, podniósł ręce do góry w geście triumfu. Z
dołu rozległy się brawa i okrzyki: Zbytni !, Zbytni !....
Teraz biurko Zbytniego zrównało się z biurkiem dyrektora. Dyrektor wstał i uścisnął dłoń zwycięscy.
- Gratuluję serdecznie,
kolego Zbytni ! Oby tak dalej. Zbytni uśmiechnął się i odwrócił
się w stronę publiczności, która nadal go oklaskiwała.
- Gratuluję, gratuluję ! - mówił dyrektor i poklepywał go po plecach. A, że miał ciężką rękę, Zbytni znalazł się na samym dole. Lecąc, krzyczał: to nie fer !, to nie fer !... ale nie miało to większego znaczenia. Wszyscy teraz, podziwiali dyrektora, który stał i machał do wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















