niedziela, 29 lipca 2012
piątek, 27 lipca 2012
Spartakiada zakładowa (Humoreska) - Jan Orlicki - Jan Orlicki
Jest lato, ciepło. Postanowiliśmy w wolną sobotę zorganizować w naszym zakładzie pracy spartakiadę zakładową.
W ramach spartakiady było wiele
konkurencji, ale jedna spodobała mi się najbardziej. Było to
pchanie biurek pod górę. Góra była wysoka na jakieś sto parę
metrów, więc miał to być, taki sprint. Dodam jednak, że zbocze
było dość strome i miało twarde podłoże.Do konkurencji
zapisali się wszyscy kierownicy i ich zastępcy. Było ich razem
piętnastu. Sami panowie, ponieważ panie nie stanęły do zawodów.
Na szczycie góry zostało postawione biurko dyrektora, który
był sędzią głównym tej konkurencji.
Wszystko
gotowe, starter dał sygnał do startu i ruszyli. Tuż po starcie
nastąpiło duże zamieszanie. W tłoku nie bardzo było widać, kto
komu podstawił nogę i kto kogo wypchnął z trasy. Tak więc
już na samym początku, odpadło ośmiu zawodników.-
Nie ma, o co się tak bić - mówili ci, co odpadli. Widać jednak
było, że niektórzy zazdroszczą tym co zostali na
trasie.
Publiczność głośno dopingowała i zachęcał do
walki. Więc reszta zawodników pchała swe biurka do
przodu pod górę. Co jakiś czas ktoś nie wytrzymywał tępa, lub
popychany wypadał z trasy. Sędzia dyrektor, tego, jakby nie
zauważał. Przed samą metą zostało już tylko dwóch zawodników.
Walczyli zaciekle. Nagle jeden z nich, rzucił drugiemu kłodę pod
nogi, a sędzia tego, oczywiście nie widział. Był to kierownik
Zbytni, który jako jedyny wepchnął biurko na sam szczyt, czyli
metę. Był pierwszy, podniósł ręce do góry w geście triumfu. Z
dołu rozległy się brawa i okrzyki: Zbytni !, Zbytni !....
Teraz biurko Zbytniego zrównało się z biurkiem dyrektora. Dyrektor wstał i uścisnął dłoń zwycięscy.
- Gratuluję serdecznie,
kolego Zbytni ! Oby tak dalej. Zbytni uśmiechnął się i odwrócił
się w stronę publiczności, która nadal go oklaskiwała.
- Gratuluję, gratuluję ! - mówił dyrektor i poklepywał go po plecach. A, że miał ciężką rękę, Zbytni znalazł się na samym dole. Lecąc, krzyczał: to nie fer !, to nie fer !... ale nie miało to większego znaczenia. Wszyscy teraz, podziwiali dyrektora, który stał i machał do wszystkich.
czwartek, 26 lipca 2012
Volkswagenem golfem na ryby (Humoreska) - Jan Orlicki
Nie tak dawno mój sąsiad wrócił z zagranicy.
Pracował w Niemczech przy zbiorach szparagów i tam właśnie kupił
volkswagena golfa.
Nie tak dawno mój sąsiad wrócił z zagranicy. Pracował w Niemczech przy zbiorach szparagów i tam właśnie kupił volkswagena golfa.
Zobacz,
mówi do mnie, jak jest dobrze utrzymany, choć ma te kilkanaście
lat. Niemiec, starszy gość, to pierwszy i jedyny właściciel. Dbał
o niego lepiej niż o własną żonę. Widzisz, widzisz... jaki
zadbany, chwalił się sąsiad.
Faktycznie,
jak na ten rocznik samochód wyglądał wręcz idealnie. Starszy
człowiek mało nim ostatnio jeździł, ale mimo wszystko dbał o
samochód. Po jego śmierci żona nie mogła go przez dłuższy czas
sprzedać ze względu na rocznik. Trafiła się zatem, mojemu
sąsiadowi wyjątkowa okazja, bo kobieta w końcu opuściła cenę i
on go kupił.
Zażartowałem
kiedyś, że może pojechali byśmy na ryby, tym twoim autem. Sąsiad
bardzo chętnie się zgodził, więc umówiliśmy się na niedzielę.
Wyjechaliśmy
o czwartej rano. Do miejsca gdzie zamierzaliśmy łowić było
dwadzieścia kilometrów asfaltem, a potem trzeba było jechać polną
drogą prawie do samej rzeki. Zatrzymaliśmy się niedaleko zbocza
skarpy, a w dole było już widać rzekę. Sąsiad mówi mi, że musi
stanąć tak, żeby z dołu mógł widzieć samochód.
-
Widzisz sąsiedzie, muszę go widzieć z dołu, żeby mi go ktoś nie
ukradł.
-
Rozumiem, pewnie..., lepiej mieć go stale na oku. Szkoda stracić
takie cacko - powiedziałem do niego, a on się tylko uśmiechnął.
Wyjęliśmy
cały sprzęt wędkarski z samochodu i poszliśmy w dół, nad rzekę.
Niestety z dołu nie było widać samochodu, ponieważ zasłaniały
krzaki. Mój towarzysz podróży chodził tu i tam i patrzył, czy
widać samochód. Ja rozłożyłem wędki i czekałem na branie.
-
Nie widzę stąd samochodu, pójdę zobaczę czy ktoś się nie kręci
koło niego.
-
Dobrze odpowiedziałem ? popilnuję twoje wędki.
Za
chwilę wrócił ? wszystko w porządku, nikogo nie widać ?
powiedział zadowolony. Zarzucił wędkę i zaczął łowić. Patrzę
na niego z boku, a on zamiast na korek spogląda w górę gdzie stoi
samochód.
-
Popilnuj wędki ? mówi do mnie, pójdę zobaczyć co tam się dzieje
z samochodem ? dobrze odpowiedziałem, ale on już był prawie na
górze.
Zmieniłem
przynętę bo ryby nie brały, sąsiad jak do tej pory nie wyciągnął
jeszcze wędki z wody. Wrócił i mówi, że w oddali kogoś widział.
Żeby tylko nie ukradli.
-
To raczej nie możliwe, tu chyba nie ma takich fachowców od
kradzieży samochodów ? mówię do niego.
-
Nigdy nie wiadomo ? odpowiedział.
Jak
był nad brzegiem rzeki, to kręcił się i bez przerwy patrzył w
górę, a potem biegł, do samochodu i z powrotem. Powtarzało się
to wiele razy, a jego wędka leżała bez ruchu.
-
I co, nic nie bierze ? mówię.
-
Nie miałem jeszcze brania ? odpowiedział.
Tak
prawdę mówiąc, miałem już tego dość. Mówię więc do niego: -
skoro nic nie bierze, to wracamy do domu. Teraz dopiero sąsiad
rozpromieniał z radości ? masz rację ? nic nie bierze ? wracamy!
Jadąc
do domu byłem rozbawiony całą tą historią, a mój sąsiad był,
jakby... trochę zmęczony.
Zobacz, mówi do mnie, jak jest dobrze utrzymany, choć ma te kilkanaście lat. Niemiec, starszy gość, to pierwszy i jedyny właściciel. Dbał o niego lepiej niż o własną żonę. Widzisz, widzisz... jaki zadbany, chwalił się sąsiad.
Faktycznie, jak na ten rocznik samochód wyglądał wręcz idealnie. Starszy człowiek mało nim ostatnio jeździł, ale mimo wszystko dbał o samochód. Po jego śmierci żona nie mogła go przez dłuższy czas sprzedać ze względu na rocznik. Trafiła się zatem, mojemu sąsiadowi wyjątkowa okazja, bo kobieta w końcu opuściła cenę i on go kupił.
Zażartowałem kiedyś, że może pojechali byśmy na ryby, tym twoim autem. Sąsiad bardzo chętnie się zgodził, więc umówiliśmy się na niedzielę.
Wyjechaliśmy o czwartej rano. Do miejsca gdzie zamierzaliśmy łowić było dwadzieścia kilometrów asfaltem, a potem trzeba było jechać polną drogą prawie do samej rzeki. Zatrzymaliśmy się niedaleko zbocza skarpy, a w dole było już widać rzekę. Sąsiad mówi mi, że musi stanąć tak, żeby z dołu mógł widzieć samochód.
- Widzisz sąsiedzie, muszę go widzieć z dołu, żeby mi go ktoś nie ukradł.
- Rozumiem, pewnie..., lepiej mieć go stale na oku. Szkoda stracić takie cacko - powiedziałem do niego, a on się tylko uśmiechnął.
Wyjęliśmy cały sprzęt wędkarski z samochodu i poszliśmy w dół, nad rzekę. Niestety z dołu nie było widać samochodu, ponieważ zasłaniały krzaki. Mój towarzysz podróży chodził tu i tam i patrzył, czy widać samochód. Ja rozłożyłem wędki i czekałem na branie.
- Nie widzę stąd samochodu, pójdę zobaczę czy ktoś się nie kręci koło niego.
- Dobrze odpowiedziałem ? popilnuję twoje wędki.
Za chwilę wrócił ? wszystko w porządku, nikogo nie widać ? powiedział zadowolony. Zarzucił wędkę i zaczął łowić. Patrzę na niego z boku, a on zamiast na korek spogląda w górę gdzie stoi samochód.
- Popilnuj wędki ? mówi do mnie, pójdę zobaczyć co tam się dzieje z samochodem ? dobrze odpowiedziałem, ale on już był prawie na górze.
Zmieniłem przynętę bo ryby nie brały, sąsiad jak do tej pory nie wyciągnął jeszcze wędki z wody. Wrócił i mówi, że w oddali kogoś widział. Żeby tylko nie ukradli.
- To raczej nie możliwe, tu chyba nie ma takich fachowców od kradzieży samochodów ? mówię do niego.
- Nigdy nie wiadomo ? odpowiedział.
Jak był nad brzegiem rzeki, to kręcił się i bez przerwy patrzył w górę, a potem biegł, do samochodu i z powrotem. Powtarzało się to wiele razy, a jego wędka leżała bez ruchu.
- I co, nic nie bierze ? mówię.
- Nie miałem jeszcze brania ? odpowiedział.
Tak prawdę mówiąc, miałem już tego dość. Mówię więc do niego: - skoro nic nie bierze, to wracamy do domu. Teraz dopiero sąsiad rozpromieniał z radości ? masz rację ? nic nie bierze ? wracamy!
Jadąc do domu byłem rozbawiony całą tą historią, a mój sąsiad był, jakby... trochę zmęczony.
O tym, jak trafiłem "szóstkę" w Totolotku (Humoreska) - Jan Orlicki
Każdy
marzy o tym żeby wygrać na loterii. Ja też, o tym marzyłem i
grałem w totka. I pewnego dnia...
Była
wolna sobota. Żona poszła rano do pracy w markecie, a ja obudziłem
się dopiero przed dwunastą. Wstałem, ogoliłem się i wyszedłem
coś przekąsić, a ściślej mówiąc, poleczyć kaca. Po
wczorajszej imprezie, którą zrobiliśmy po pracy, suszyło mnie
okropnie. Po wypiciu setki i paru piw z kolegami, wróciłem do domu
kupując po drodze buteleczkę czystej. Tak na wszelki wypadek, może
ktoś wpadnie. Była godzina szesnasta, gdy włączyłem telewizor,
usadowiłem się wygodnie w fotelu, żeby obejrzeć mecz. Po chwili
zasnąłem. Pamiętam miałem jakiś... sen, gdy obudził mnie sygnał
z telewizora. Spojrzałem, było akurat losowanie totolotka.
Przypomniałem sobie, że wysłałem kupon, więc zacząłem
sprawdzać. Wszystko szło wspaniale. Pierwszy numer się
zgadza, drugi też pasuje. Trzeci..., czwarty... również się
zgadzają. Potarłem ręce, zrobiłem głęboki oddech, polałem
sobie z buteleczki i dalej do sprawdzania. Piąty pasuje. Odruchowo
wstałem, zamknąłem oczy... "O Boże!" -pomyślałem.
Nalałem sobie jeszcze jednego. Powoli sprawdzałem szósty numer...
Tak, jest... jest szóstka! Nie mogąc w to uwierzyć, nalałem
kolejnego kielicha. Wypiłem - podobno rozjaśnia to umysł. Patrzę,
rzeczywiście jest szóstka. Wypiłem znowu i usiadłem w fotelu.
...Nie mogę uwierzyć - powiedziałem do siebie, muszę się
uszczypnąć.
Nie zapomnę tego do końca życia - stało się!
Obudziłem się w łóżku. Dochodziła właśnie godzina dwunasta.
-
To niemożliwe, przecież już raz się obudziłem o dwunastej.
Postanowiłem uszczypnąć się jeszcze raz. Otwieram oczy, a nade
mną pochylona żona, krzyczy:
- wstawaj, pijaku! Wstałem z ciężką
głową i patrzę na stół, a tam, nie ma kuponu... stoi tylko pusta
butelka.
Była
wolna sobota. Żona poszła rano do pracy w markecie, a ja obudziłem
się dopiero przed dwunastą. Wstałem, ogoliłem się i wyszedłem
coś przekąsić, a ściślej mówiąc, poleczyć kaca. Po
wczorajszej imprezie, którą zrobiliśmy po pracy, suszyło mnie
okropnie. Po wypiciu setki i paru piw z kolegami, wróciłem do domu
kupując po drodze buteleczkę czystej. Tak na wszelki wypadek, może
ktoś wpadnie. Była godzina szesnasta, gdy włączyłem telewizor,
usadowiłem się wygodnie w fotelu, żeby obejrzeć mecz. Po chwili
zasnąłem. Pamiętam miałem jakiś... sen, gdy obudził mnie sygnał
z telewizora. Spojrzałem, było akurat losowanie totolotka.
Przypomniałem sobie, że wysłałem kupon, więc zacząłem
sprawdzać. Wszystko szło wspaniale. Pierwszy numer się
zgadza, drugi też pasuje. Trzeci..., czwarty... również się
zgadzają. Potarłem ręce, zrobiłem głęboki oddech, polałem
sobie z buteleczki i dalej do sprawdzania. Piąty pasuje. Odruchowo
wstałem, zamknąłem oczy... "O Boże!" -pomyślałem.
Nalałem sobie jeszcze jednego. Powoli sprawdzałem szósty numer...
Tak, jest... jest szóstka! Nie mogąc w to uwierzyć, nalałem
kolejnego kielicha. Wypiłem - podobno rozjaśnia to umysł. Patrzę,
rzeczywiście jest szóstka. Wypiłem znowu i usiadłem w fotelu.
...Nie mogę uwierzyć - powiedziałem do siebie, muszę się
uszczypnąć. Nie zapomnę tego do końca życia - stało się! Obudziłem się w łóżku. Dochodziła właśnie godzina dwunasta.
- To niemożliwe, przecież już raz się obudziłem o dwunastej. Postanowiłem uszczypnąć się jeszcze raz. Otwieram oczy, a nade mną pochylona żona, krzyczy:
- wstawaj, pijaku! Wstałem z ciężką głową i patrzę na stół, a tam, nie ma kuponu... stoi tylko pusta butelka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























